środa, 22 listopada 2017

Część druga, rozdział dziesiąty

Shades POV:
- Trzeba dowiedzieć się od chłopców jak najwięcej, Stokes. Frank jakoś obszedł bramkę na kod, więc ktoś zdradził.
- Dokładnie tak. Mike dostał w nogę, Vin w ramię. Są w naszym domu pod miastem, możesz z nimi pogadać kiedy chcesz.
- Zrobię to jeszcze dzisiaj - Reva marszczy brwi i karci mnie spojrzeniem - Wybacz, Skarbie. Muszę dowiedzieć się, kto stanął przeciwko mnie, bo ktoś na pewno. Nie mogę mieć w zespole zdrajców, muszą ponieść karę. Tak to działa.
- W porządku, niech Ci będzie. Nie chcę wiedzieć nic więcej. Po prostu bądź ostrożny i nie działaj pod wpływem złości.
- Jasne, o nic nie musisz się martwić - całuję ją w wierzch dłoni i spoglądam na Stokes'a - Poczekaj na mnie, pojedziemy tam za moment - przytakuje głową, mruga do Revy i opuszcza pokój - Zostawię Cię na chwilę, maleńka. Pojadę z nimi porozmawiać, zobaczę co u dzieciaków i wracam. Prześpij się trochę, odpocznij i nim się obejrzysz, będę z powrotem.

- Taki mam właśnie zamiar. Uważaj na siebie i koniecznie ucałuj ode mnie maluchy. Potwornie za nimi tęsknię.
- Wiem, ale niebawem stąd wyjdziesz i wszystko będzie tak jak dawniej, obiecuję - uśmiecha się uroczo, ziewa przeciągle i wygląda tak słodko! - Do zobaczenia niebawem - cmokam ją w czoło, okrywam szczelniej kołdrą i opuszczam pokój.


Na miejscu jesteśmy chwilę później. Wchodzimy do domu i natychmiast wyczuwam napiętą atmosferę. Nie dziwię się, bo sytuacja wcale nie jest ciekawa. Próbuję przygotować się na tę rozmowę i jestem niezmiernie ciekawy, kto śmiał stanąć przeciwko mnie. Pomogli człowiekowi, którego w ogóle nie znali. Co ich do tego skłoniło? Czy ojciec im coś obiecał?
- Siema, stary - Mike wita się ze mną uściskiem dłoni i poprawia się na kanapie - Jak miewa się Twoja kobieta?
- Cóż, biorąc pod uwagę to, co przeszła chyba całkiem nieźle. Gorzej z jej ciałem, bo potrzeba sporo czasu, aby doszła do siebie. Frank nieźle ją urządził i niestety połamał żebra. Jest silna jak diabli, poradzi sobie z tym. A Ty? Co z nogą?

- Straciłem trochę krwi, ale też nie jest najgorzej. Wyliżę się - mruga okiem, a do salonu wchodzi Vin. Również się z nim witam i dostrzegam opatrunek na jego ramieniu - Nie masz pojęcia, jaka tam była jatka - Mike wzdycha ciężko i spogląda na Vin'a, który siada naprzeciwko mnie - Na początku nic na to nie wskazywało, było spokojnie jak zawsze, aż nagle na horyzoncie pojawili się ludzie z naszego teamu. Dobre siedem osób - marszczę brwi, zwijam dłonie w pięści i wręcz nie wierzę, że aż siedmiu ludzi przeszło na drugą stronę! Niewiarygodne! - To cały zespół z North Ave - kiedy kończy mówić, opada mi szczęka. Dosłownie! Przecież to ludzie, którzy pracują ze mną od dawna i jasna cholera, ufałem im! - Wiem, też byłem tym niesamowicie zaskoczony. Wymierzyli w nas broń, zmusili Paula żeby otworzył bramkę i reszta działa się już jak w przyśpieszonym tempie. Zaczęli strzelać jak do kaczek i nim się zorientowałem, dostałem w nogę i padłem jak długi. 
- Był z nimi człowiek, którego nie znaliśmy - spoglądam na Vin'a, który wygląda na solidnie wkurzonego sytuacją - To od niego dostałem kulkę i zemdlałem. Obudziłem się, jak było już po wszystkim i chyba wciąż nie dowierzam, że udało mi się to przeżyć. Nie mieli litości, Shades. Nie zawahali się nawet przez moment, a byli to ludzie z naszego zespołu.
- Nie martwcie się, sprawa zostanie odpowiednio rozwiązana. Jak wiecie, Frank nie żyje, a resztą zajmę się osobiście.
- W naszych kręgach aż huczy od tego, co stało się w Twoim domu. Czy to prawda, że Reva naprawdę zabiła tego typa?
- Owszem. Kiedy ja próbowałem odzyskać swoje dziecko, Frank przyszedł do naszego domu i chciał zabić Revę. To silna dziewczyna i chociaż chuchałem na nią i dmuchałem, ona świetnie sobie poradziła. Wpakowała w niego cały magazynek!
- Jasna cholera, ależ trafiła Ci się kobieta, stary! - Mike szturcha mnie w ramię i nabija się ze mnie - Kto by pomyślał, huh?
- Dokładnie. Mam tylko nadzieję, że nie wpadnie jej do głowy odczuwać wyrzutów sumienia, bo coś o tym wspominała.
- Poradzi sobie z tym. Musi być naprawdę twarda, skoro jest z kimś takim jak Ty, nie? Kiedyś musiało do tego dojść.
- Niestety. Nie zmienia to faktu, że drugiego razu na pewno nie będzie. Muszę ją chronić jeszcze bardziej niż dotąd.
- Słusznie. Ten świat jest solidnie popieprzony i można spodziewać się wszystkiego. Co zrobisz ze zdrajcami?
- Poważnie o to pytasz? - unoszę brew i kręcę głową - To oczywiste! Każdy, kto mnie zdradzi zarobi kulkę. A te siedem osób zdradziło mnie w najgorszy, możliwy sposób. Poszli za człowiekiem, którego nie znali i który pojawił się znikąd.
- Dzwonił Markus - do środka wchodzi Stokes i siada obok mnie - Są w dziupli i niczego się nie spodziewają. Jedziemy?
- Jasne, przyjacielu! Chcę mieć to jak najszybciej z głowy - podnoszę się, poprawiam kurtkę i ściskam dłonie chłopakom - Odpoczywajcie i nie martwcie się o nic. Możecie mieć pewność, że osoby za to odpowiedzialne poniosą zasłużoną karę.


Zanim jedziemy do miasta, zaglądamy do domu. Hope piszczy głośno na mój widok, a w jej ślady szybko idzie Christian. Tulę ich do siebie, całuję czule i ogarnia mnie wewnętrzny spokój. Tak dobrze mieć ich blisko siebie, mieć świadomość, że są cali, zdrowi i bezpieczni. Robiłem wszystko, co w mojej mocy, aby ich chronić przed niebezpieczeństwem, ale mój świat to nie bajka i niestety wszystko się może zdarzyć. No i stało się! Nathan z ojcem sporo namieszali, jednego się pozbyłem jednak został mi drugi. Cóż, źle oceniłem młodego i czuję, że muszę się nim zaopiekować. Jest jeszcze bardzo młody, a ja nie chcę, żeby wpadł w jakieś gówno. Fakt, nasz początek był fatalny, jednak pomógł mi odzyskać córkę, a to coś znaczy. Widzę po jego zachowaniu, jak bardzo szuka kogoś w rodzaju mentora. Skoro ojciec nie był dla niego dobry, może ja będę? Jest moim bratem i chociaż słabo go znam, wezmę go pod swoje skrzydła. Oczywiście nie wpakuję go w swój biznes, zajmie się nauką, zamieszka z nami i to będzie musiało mu wystarczyć. Może kiedyś sytuacja się zmieni.

Zbieram kilkoro swoich ludzi, w tym Stokes'a i Grega. Nie mam pewności, jak chłopcy z North Ave zareagują na mój widok, a nie chcę żadnych niespodzianek. Nie mam zamiaru się z nimi cackać, ponieważ są zdrajcami. Chcę znać odpowiedź tylko na jedno pytanie. Mianowicie; co obiecał im ojciec w zamian za odwrócenie się ode mnie? To musiało być coś zajebistego.
- Pamiętajcie - zaczynam, kiedy docieramy na miejsce - Wchodzę z Gregiem, czekacie tutaj na mój znak i dołączycie, kiedy sytuacja pójdzie dalej. Nie chcę, aby nabrali podejrzeń od samego początku. Na razie chcę z nimi porozmawiać.
- Nie podzielam Twojego zdania, stary - Stokes kręci głową i morduje mnie wzrokiem - Kulka w łeb i po sprawie!
- Tak się stanie, masz to jak w banku. Powoli - przewracam oczami, opuszczam samochód razem z bratem i wchodzimy do naszej miejscówki. To zwykły, niewielki budynek na obrzeżach miasta. Nie dzieje się tutaj nic ciekawego, a i gliny nie zapuszczają się na ten teren. To akurat działa na naszą korzyść - Na pewno są w piwnicy - otwieram drzwi, schodzimy na dół i jak na zawołanie w oczy rzuca mi się cała załoga. Siedzą rozwaleni na kanapach, piją piwo i grają na konsoli. Już czuję ciepło, które roznosi się po moim ciele, ale muszę wyluzować - Witam, panów! - uśmiecham się, gwałtownie przekręcają głowy i dostrzegam szok na ich twarzach. Ha! Niespodzianka, skurwysyny! - Widzę, że leniuchujecie, co?
- Sorry, Shades. Nie spodziewaliśmy się Ciebie - Nolan drapie się w kark i niepewnie spogląda na resztę - Co tam?

- Byłem w okolicy i postanowiłem zajrzeć. Jak idzie interes? - podchodzę do ogromnej szafy i zaglądam do środka.
- Jak widzisz, towaru zostało już całkiem niewiele, trzeba zamówić kolejną dostawę. W sejfie masz cały szmal.
- I to mi się podoba - mrugam do Grega, który jest spięty i najchętniej rozwaliłby ich jednym strzałem - Cieszę się, że przykładacie się do pracy. Chyba powinienem dać wam podwyżkę - odwracam się i napotykam zaskoczone spojrzenia - No, co? Muszę dbać o moich ludzi, żeby byli zadowoleni - zakładam ręce na piersiach i patrzę na każdego po kolei.
- Daj spokój, przecież nie narzekamy - Carlos chrząka niezręcznie i doskonale widzę, jak nieswojo się właśnie czują.
- Wiem, doceniam to. Mimo wszystko nie chcę, aby czegokolwiek wam zabrakło. Chcę być dla was dobrym szefem.
- Dlaczego mówisz nam to właśnie teraz, Shades? - John mruży oczy i chyba jako jedyny nabiera podejrzeń - O co chodzi?
- Jak zapewne wiecie, całkiem niedawno wydarzyło się coś, czego nie spodziewałbym się nigdy w życiu. Ktoś wtargnął do mojego domu, a wy mu w tym pomogliście - walę prosto z mostu, a w pomieszczeniu zapada idealna cisza. Patrzymy na siebie, a żaden z chłopców nawet nie mruga - Nie ukrywam, jestem bardzo rozczarowany waszym zachowaniem, panowie - podchodzę do nich, krążę wokół i buduję napięcie. Muszą poczuć przewagę, to ja rządzę! - Byłem aż tak złym szefem?
- Nie, Shades! Jesteś zajebistym szefem, poważnie! - Liam patrzy na mnie litościwie i głośno przełyka ślinę - Ja nie zamierzałem brać w tym udziału, ale cóż miałem kurwa zrobić, skoro ten człowiek przyłożył mi broń do głowy, huh?!
- Daj spokój, Liam! - Marko prycha z kpiną i patrzy na kumpla z pogardą - Owszem, przyłożył Ci spluwę do łba, ale jak zaczął obiecywać lepsze czasy to w mgnieniu oka zmieniłeś zdanie, więc, błagam! Przestań pierdolić takie głupoty!
- Lepsze czasy? - marszczę czoło i zastanawiam się, co to ma niby oznaczać? - Ktoś wyjaśni mi, o co w tym chodzi?
- Frank obiecywał nam, że jeśli pozbędzie się Ciebie z "tronu", sam na nim zasiądzie, a to oznaczałoby lepsze życie dla nas. Jesteśmy Twoimi pachołkami od brudnej roboty, a on chciał nas awansować, lepiej płacić, bardziej docenić - zaciskam usta na słowa Marko. Jak śmie mówić coś takiego?! - Twoje szefowanie jest w porządku, ale ja chcę czegoś więcej. Rozumiesz?
- Czegoś więcej? A niby kurwa czego?! - wrzeszczę na cały głos i ledwo nad sobą panuję - Jesteście w moim zespole, trzęsiemy całym miastem, a Tobie jest za mało?! Płacę Ci grubą kasę, nie wmówisz mi, że jest Ci mało! Stać Cię na piękny, ogromny dom, wypasione wakacje, zajebisty samochód! Czego jeszcze chcesz, Marko? Może chcesz zając moje miejsce?
- Gdybym miał taką możliwość, czemu nie? - wzrusza ramionami, a mnie zalewa krew! - Każdy chce być górą, proste.
- Jesteś na to za słaby i masz za małe jaja! - prycham rozbawiony, wyjmuję pistolet zza paska spodni i strzelam mu prosto w łeb! Po pomieszczeniu roznosi się zaledwie cichy szmer, a reszta zamiera - Popełniliście ogromny, niewybaczalny błąd, panowie. Doskonale wiecie, że nie toleruję zdrajców i ten, kto stanie przeciwko mnie, zapłaci za to swoim życiem. 



Reva POV:
Budzę się, kiedy za oknem powoli zaczyna się ściemniać. Ostrożnie poruszam ramionami, ale krzywię się, bo ból żeber natychmiast daje o sobie znać. Niech to szlag! Frank nieźle mnie sponiewierał i właśnie przez żebra cierpię najbardziej. Siniaki się zagoją, a na regenerację żeber potrzebuję zdecydowanie więcej czasu. Martwi mnie to, ponieważ nie usiedzę na tyłku zbyt długo, a teraz ledwo mogę oddychać. Nie podoba mi się to i najchętniej wróciłabym już do domu.
- Dobry wieczór - do pokoju wchodzi lekarz, posyła mi uroczy uśmiech i śledzi wpisy w mojej karcie - Jak się masz?
- Skłamałabym mówiąc, że dobrze. Te przeklęte żebra nie dają mi spokoju, a każdy ruch sprawia mi ból. Kiedy to minie?
- Musisz uzbroić się w cierpliwość, moja droga. Twoje żebra są złamane i musi minąć parę tygodni, zanim się zrosną. Jedyne, co musisz robić to odpoczywać, nie przemęczać się i jak najwięcej odciążać żebra. Podam Ci coś przeciwbólowego.
- Poproszę! Nie marzę o niczym innym, aby wreszcie przestało boleć. Proszę mi powiedzieć, kiedy mogę wyjść do domu?
- Hola, hola! - wystawia palec na znak groźby i mruży oczy. Uśmiecham się, bo słabo mu to idzie i wcale nie wygląda na złego gościa. Wręcz przeciwnie, jest dość młody i przystojny - Masz jeszcze wstrząśnienie mózgu, konieczna jest obserwacja. Przykro mi. Naprawdę jesteś niecierpliwa, wiesz? - rozbawiony przewraca oczami i wpisuje coś w moją kartę.
- Wiem. Nie lubię leżeć bezczynnie, wolałabym zająć się dziećmi i być już w domu. Nie da się tego jakoś przyśpieszyć?
- Hmm, jeśli będziesz odpoczywać, nie marudzić, to może coś da się z tym zrobić - och! Bardzo zabawne! - A teraz muszę uciekać, zaraz przyjdzie pielęgniarka i poda Ci środek przeciwbólowy. Do zobaczenia jutro - uśmiecha się i opuszcza salę.
Ponownie zostaję sama, odgarniam włosy i bardzo powoli się podnoszę. Zaciskam usta na ten cholerny ból, ale dzielnie wytrzymuję i spuszczam nogi w dół. Potwornie chce mi się siku i jakoś muszę dotrzeć do łazienki, która na szczęście jest w pokoju. Dzieli mnie od niej zaledwie kilka kroków, jednak w tym momencie to jak wejście na pieprzony Mount Everest!
- Reva? - ciszę w pokoju przerywa głos Nathana. Przekręcam głowę i patrzę w oczy chłopakowi, który uśmiecha się niepewnie, a w dłoniach ściska mały bukiecik tulipanów - Mogę na chwilę? - przytakuję, zamyka drzwi i podchodzi do łóżka - To dla Ciebie - wręcz mi bukiecik, wsuwam nos w kwiaty i zaciągam się ich cudownym zapachem - Jak się czujesz?
- Jakoś - wzruszam ramionami, a jego uśmiech szybko gaśnie - Hej, nie jest tak źle, po prostu potrzebuję trochę czasu.
- Jest mi bardzo przykro, że Cię skrzywdził - schyla głowę, wlepia wzrok w podłogę i natychmiast robi mi się go żal. To mi powinno być przykro, ponieważ zabiłam mu ojca! - To wszystko nie powinno było się tak zacząć, ale nie miałem innego wyjścia. Tata mnie do tego zmusił, a ja chciałem po prostu pójść do Jasona i powiedzieć mu, że jestem jego bratem.
- Spójrz na mnie - biorę jego dłoń i ściskam mocniej. Nathan podnosi głowę, a w jego oczach dostrzegam łzy. Na to nie byłam gotowa! - Nic się nie stało, wiesz? Nic z tego, co się wydarzyło, nie jest Twoją winą. Jason doskonale o tym wie.
- Mam nadzieję. Ojciec tak bardzo chciał jego pieniędzy. Kiedy tylko się o tym dowiedział, o niczym innym nie mówił. Miał ogromny dług i tylko Jason mógł mu pomoc, jednak tego nie zrobił. Na początku miałem do niego o to żal, ale potem opowiedział mi wszystko i spojrzałem na sprawę z zupełnie innej perspektywy. Kiedy tata zabrał Hope, spanikowałem.
- Uwierz mi, nie tylko Ty. To był cios poniżej pasa, ponieważ to była jego wnuczka! Nie pojmuję, że ją zabrał.
- Skoro Jason odmówił pomocy, chciał go do tego zmusić. Osoba, którą się kocha jest najlepszą mobilizacją. Prawda?
- Prawda. Szkoda tylko, że wybrał tą malutką, niczemu winną dziewczynkę. Mógł zabrać mnie, to nie byłby pierwszy raz.
- Chcesz powiedzieć, że ktoś Cię porwał? - marszczy brwi i wpatruje się we mnie zaskoczony - Och! Chyba nie Jason, co?
- Właściwie on, ale to przeszłość. Nasze początki nie były kolorowe, jednak to nie ma znaczenia. Kochamy się.
- Tak, nie da się ukryć - uśmiecha się, układa dłoń na mojej głowie i czochra włosy - Jesteś bardzo dzielna, wiesz?
- Staram się, naprawdę. Świat, w którym żyję jest solidnie porąbany. Chyba teraz jeszcze bardziej to do mnie dotarło.
- Nie martw się, wszystko na pewno się ułoży. Nikt już wam nie zagraża, a Jason nie pozwoli, aby stała Ci się krzywda.
- To prawda. Jest bardzo przeczulony na punkcie naszego bezpieczeństwa i teraz mu się wcale nie dziwię.
- Jak sama powiedziałaś, ten świat jest porąbany i trzeba mieć oczy dookoła głowy. Jason to niezły as, sprzątnie każdego.
- Właściwie sądziłam, że mnie znienawidzisz i nie odezwiesz się słowem - Nathan przechyla głowę i unosi brew - No wiesz, zabiłam Twojego ojca - zaciskam usta, a poczucie winy ponownie zalewa mnie od środka. Cholera, zabiłam człowieka!
- Wiedz, że nie mam do Ciebie żalu, Reva - uśmiecha się smutno i dotyka palcami mojego policzka - Nie mam prawa, wiesz? Walczyłaś o własne życie, jeśli Ty byś tego nie zrobiła, ojciec nawet przez chwilę by się nie zawahał. Znam go doskonale, jest mściwy i nigdy nie odpuszcza. Kiedy czegoś bardzo pragnie, dotrze do celu nawet po trupach - przełykam ślinę na jego słowa. Naprawdę walczyłam o swoje życie, jak i o życie mojego dziecka. Nie mogłam się poddać, bo nie siedziałabym teraz tutaj - Nie zamartwiaj się tym, dobrze? Jestem dużym chłopcem i stawię temu czoło. Pochowałem ojca, opłakiwałem go i teraz czas iść do przodu. Muszę pomyśleć, co mam dalej zrobić ze swoim życiem i dokąd pójść.
- Nigdzie nie musisz iść, zostań z nami. Proszę - patrzę na niego oczami szczeniaka, ale chcę, żeby został. Jest jeszcze taki młody! - Zamieszkasz z nami. Jesteś bratem Jasona i Grega, na pewno nie pozwolą Ci odejść. Gdzie jest Twoja mama?
- Od dawna nie żyje, miałem tylko ojca - mówi smutno, schyla głowę, a moje serce się zaciska. Bardzo powoli staję na nogi, Nathan przytrzymuje mnie i nie puszcza, dopóki nie łapię równowagi - Wszystko w porządku? - przytakuję głową i przytulam się do niego. Przez chwilę jest zaskoczony moim ruchem, ale po chwili opiera brodę na moim ramieniu i tuli mnie do siebie mocno. Wiem, że tego potrzebuje. Jego ojciec nie żyje, został całkiem sam i zapewne jest nieco zagubiony. Przekonam Jasona, aby pozwolił mu zostać z nami. Musi się zgodzić, nie ma nawet innej możliwości. Inaczej skopię mu tyłek! - Jesteś taka dobra, Reva - szepcze cicho i wtula się w zagłębienie mojej szyi. Jego ciało drży, a po chwili czuję na skórze mokre łzy. Wbijam zęby w wagę i dołączam do niego. Oboje wyrzucamy z siebie smutek, żal i przebyty strach. 


Kiedy wreszcie zbieramy się do kupy, uśmiechamy się do siebie i ocieramy mokre policzki. Proszę Nathana o pomoc w dotarciu do łazienki i wreszcie robię siku. Ulga, jaką czuję jest wręcz nie do opisania, a mój humor nieco się poprawia. Myję ręce, związuję włosy w koka i opuszczam łazienkę. Nathan pomaga mi dojść do łóżka i jest wobec mnie bardzo czuły.
- Cholera, pielęgniarka miała przyjść i podać mi coś przeciwbólowego na żebra, ale chyba zgubiła się na korytarzu.
- Mam po nią pójść? - Nathan chichocze rozbawiony na moje słowa, a do pokoju wchodzi Stokes - Och, masz gościa.
- Theo? - pytam szeptem i wpatruję się w jego oczy. Moje serce nieprzyjemnie się zaciska i mam złe przeczucia.

- Hej, mała - chrząka niezręcznie, zamyka drzwi i podchodzi. Jego mina nie wskazuje nic dobrego. W pokoju zapada cisza i słyszę jedynie swój własny, przyśpieszony oddech. Stokes siada na brzegu łóżka i bierze moją dłoń. Marszczę czoło, bo nie rozumiem tego, co się dzieje - Jezu, jesteś blada jak ściana! Uspokój się, dobrze? Wszystko mamy pod kontrolą.
- Naprawdę? Więc gdzie jest Jason? Co wy znowu wymyśliliście, huh? - złoszczę się, bo mam już dość dramatów.
- Hej! Wyluzuj, Reva - przewraca oczami i spogląda na Nathana - Powiedziałem, że wszystko pod kontrolą prawda? Zrobiliśmy to, co do nas należało i jest po sprawie. Jason zaraz tutaj będzie, wstąpił do domu ogarnąć się i przebrać.
- Wykończycie mnie, wiesz? - oddycham głębiej i opieram plecy o poduszkę - Macie w planach jeszcze jakieś akcje?
- Nie, na ten moment to raczej wszystko - mruga rozbawiony i mierzwi moje włosy - Lepiej powiedz, jak się czujesz?
- Nie jest źle, chociaż mam dość leżenia i najchętniej wróciłabym do domu. Nic mi nie jest, po co mam tutaj leżeć?
- Bo tak powiedział lekarz - gwałtownie przekręcam głowę i wpatruję się w stojącego w drzwiach Jasona. Uśmiecha się czule, podchodzi i składa na moich ustach soczystego buziaka. Jest cały i zdrowy! - Niebawem Cię stąd zabiorę, obiecuję.
- Właśnie na to liczę. Przecież mogę odpoczywać we własnym łóżku, prawda? Co to za różnica, gdzie przebywam?
- Nie zapominaj, że masz wstrząśnienie mózgu i lekarze muszą Cię poobserwować. Bądź cierpliwa, dobrze? - przytula mnie do siebie, głaszcze po plecach i wreszcie się rozluźniam - Mam dla Ciebie małą niespodziankę - och! Odchyla się, odgarnia moje włosy i przesuwa kciukiem po moim policzku - Nie było łatwo, ale jakoś udało mi się przekonać lekarza.
- O czym Ty mówisz? - jak na zawołanie drzwi do pokoju otwierają się, a do środka wchodzi Grace, razem z Hope i Christianem. Przykładam dłoń do ust i wręcz nie wierzę, że Jason zrobił dla mnie coś takiego - Moje kochane dzieciaczki - uśmiecham się szeroko, wystawiam dłonie, a Chris ląduje w moich ramionach. Jason sadza Hope obok mnie i chociaż cierpię przez ból żeber, zaciskam usta i tulę je do siebie - Tak bardzo za wami tęskniłam - odgarniam włoski Hope i całuję ją w czoło. Christian od razu interesuje się wenflonem w mojej dłoni i dotyka go paluszkami - Jak miewa się Christian?
- Całkiem nieźle. Jest jeszcze mały i nie rozumie, co się stało. Nie martw się, otoczyliśmy go opieką i uczuciem, Reva.
- Dziękuję Ci, Grace. Nie masz pojęcia, jak bardzo jestem Ci wdzięczna. Za wszystko! Gdyby nie Ty, byłoby ciężko.
- Ciii, jesteśmy rodziną. Wiesz, że zawsze Ci pomogę, prawda? - ściska mocniej moją dłoń, a do oczu napływają mi łzy.
- Cześć wam! - do środka wchodzi uśmiechnięty Greg, wita się ze wszystkim i cmoka mnie w policzek - Mam dla Ciebie coś pysznego - porusza brwiami i dopiero teraz dostrzegam w jego dłoniach spore, białe opakowanie. Kiedy je otwiera, opada mi szczęka - Okej, może ciut przesadziłem, ale kto by się tym przejmował, nie? Trzeba sobie osłodzić życie, a co!
- Czyś Ty zwariował, stary? Odnoszę wrażenie, że wykupiłeś całą cukiernię! - Jason wznosi oczy do nieba i kręci głową.
- Oj, tam! Od razu całą! To zaledwie połowa, nie martw się, co nieco im zostawiłem - Grace podchodzi do niego i wyjmuje z torby plastikowe talerzyki oraz sztućce - Zrobimy sobie małą ucztę. Należy nam się po tym całym zamieszaniu.
- Tu się z Tobą zgodzę, chociaż zdecydowanie wolałabym drinka - chichoczę, a Jason karci mnie spojrzeniem - No, co?
- Na drinka będziesz musiała trochę poczekać. Twoje zdrowie jest najważniejsze - bierze moją dłoń i całuje wierzch.

Wieczorem wszyscy się rozchodzą, Jason zostaje ze mną i nie słucha mojego sprzeciwu, kiedy proszę go, aby wrócił do domu, do dzieci. Jest uparty jak diabli i ma w nosie moje gadanie. Wiem, że się martwi, ale jestem tutaj bezpieczna i nic mi nie grozi. Powinien zająć się Hope i Christianem, ponieważ ja nie mogę tego zrobić. Dzieci muszą mieć chociaż jednego z rodziców, aby czuły się bezpieczne. Nie przekonuję go tym i wygodnie mości się obok mnie. Nigdy mnie nie słucha!

- Kotku, możesz już przestać ględzić? Dzieci są pod opieką Grace, nic im nie jest, tak? Jutro do nich wrócę, spokojnie.
- Wiem, ale źle mi z myślą, że są bez rodziców, Jason. Oboje są bardzo mali i potrzebują chociaż jednego z nas.
- Przestań już, bo sprawiasz, że mam pieprzone wyrzuty sumienia - burczy pod nosem i przeciera twarz ręką - Tęsknię za Tobą i chciałem spędzić z Tobą noc. Możesz się wyluzować i przez chwilę nie martwić? Nic złego się już nie dzieje.
- Masz rację, przepraszam - podnoszę dłoń, przykładam do jego policzka i głaszczę czule - To wszystko przez ten szpital.
- Wiem, ale musisz być dzielna i wytrzymać jeszcze te kilka dni. Powiedz mi lepiej, o czym rozmawiałaś z Nathanem.
- Muszę przyznać, że to całkiem fajny dzieciak - uśmiecham się na myśl o nim, a Jason unosi brew ku górze - Sądziłam, że będzie miał do mnie żal, przecież zabiłam jego ojca. Na pewno był z nim związany i zapewne odczuł jego stratę. Mimo to nie jest na mnie zły, nie obarczył mnie winą i powiedział, że walczyłam o własne życie. To naprawdę dobry dzieciak, wiesz?
- Wiem. Sporo myślałem nad tym, co powinienem zrobić. Czuję się za niego odpowiedzialny i muszę mu pomóc, Reva.
- Cieszę się, że tak uważasz. Może nie powinnam była tego robić, ale poprosiłam go, aby został z nami. Jest sam.

- Dlatego nie mogę pozwolić, aby stała mu się krzywda. Źle zaczęliśmy, ale widocznie ojciec musiał maczać w tym palce.
- Oczywiście, że maczał, Nathan mi to powiedział. Wiesz, że chciał do Ciebie przyjść i po prostu powiedzieć, że jest Twoim bratem? Niestety Twój tata mu na to nie pozwolił. Myślę, że nie traktował go dobrze. Twój ojciec był dość przerażający.
- Nie myśl o nim - przytula mnie do siebie, wsuwa palce w moje włosy i całuje w czubek głowy - Na szczęście jest już po wszystkim, jesteś cała i zdrowa, Christian również i na tym trzeba się skupić. Obiecuję, że nikt Cię nigdy nie skrzywdzi.
- Wierzę - uśmiecham się, zamykam oczy i wdycham zapach jego skóry. Tak dobrze być w jego ramionach, bezpieczna.
 




***
Jason POV:
Dwa tygodnie później Reva w końcu wychodzi ze szpitala. To nie był łatwy czas dla żadnego z nas, a tęsknota za dziećmi rozrywała jej serce. Starałem się przyprowadzać dzieci jak najczęściej, ale niestety lekarz nie był zbyt zadowolony. Zrobił kilka wyjątków, jednak cały czas powtarzał, że szpital to nie jest odpowiednie miejsca dla tak małych dzieci, chociażby z powodu przeróżnych chorób i zarazków, które krążyły w powietrzu. Musiałem się z nim zgodzić i przez ostatni tydzień dzieci już nie wróciły do szpitala. Reva była tym faktem podłamana i natychmiast chciała wypisać się na własne żądanie. Jakimś cudem wybiłem jej to z głowy, zacisnęła zęby i wytrzymała. Podziwiałem ją za to, jak bardzo była dzielna. Zawsze uważałem, że jest taka krucha, drobna i byle co może ją złamać, jednak to był błąd. Przecież Reva walczyła od samego początku, od kiedy tylko trafiła do mojego domu. Udowodniła mi, jak silną jest kobietą i nigdy się nie poddaje. Czułem, że muszę odpuścić i nieco poluzować te więzy, którymi ją do siebie przywiązałem. Reva zasługiwała na to, aby żyć po swojemu. Miałem zamiar pozwolić pójść jej do szkoły, skoro tak bardzo tego chciała. Obiecałem sobie również, że nigdy więcej nie zabronię jej spotkać się z rodzicami, bo sam nie zniósłbym tego, gdyby ktoś nie pozwolił być mi z Revą. Dopiero teraz zrozumiałem, jak wielką moc ma rodzina. Ona i dzieci były dla mnie wszystkim i nic poza nimi aż tak się nie liczyło. 

Parkuję przed domem, wyłączam silnik i opuszczam samochód. Otwieram drzwi od strony pasażera i ostrożnie biorę Revę na ręce. Zaciska zęby, ale mimo wszystko posyła mi lekki uśmiech. Nieco wydobrzała przez te dwa tygodnie w szpitalu. Po siniakach nie było prawie śladu, niestety z żebrami sprawa miała się niezbyt kolorowo. Wciąż jej dokuczały, ale lekarz zapewnił, że potrzeba im znacznie dłużej czasu. Reva nosiła specjalny pas, aby nieco je odciążyć i dzięki temu wiedziała, jakich pozycji nie przyjmować. Niektóre sprawiały jej ogromny ból, a tego musiała unikać. I chociaż widziałem grymas na jej twarzy, nigdy nie narzekała. Zadziwiała mnie tym ogromnie, bo mi przeszkadza nawet pieprzony katar, a ona po prostu walczyła. Zaciskała zęby i dzielnie kroczyła do przodu. Zdecydowanie moja mała, krucha Reva to twardzielka.
- Mamusia!! - nim mam szansę wejść do domu, po podwórku roznosi się głośny pisk Hope, która biegnie w naszą stronę, a wiatr rozwiewa jej włoski na każdą stronę - Nareszcie do nas wróciłaś! - unosi głowę, Reva chwyta jej dłoń i patrzy na nią z ogromną miłością. Ten widok sprawia, że moje serce za każdym razem topnieje - Obiecaj, że nigdzie już nie pójdziesz?
- Obiecuję, córeczko - wbija zęby w wargę i dostrzegam w jej oczach łzy - Już zawsze będę przy was, nie martw się.
- Nie mogła się już doczekać - kiwam głową do Nathana, który do nas dołącza. Cieszę się, że po naszej niedawnej rozmowie zdecydował się z nami zostać. Nie ma innej rodziny, a skoro jest naszym bratem, powinien zostać z nami - Od samego rana nie mogła usiedzieć na tyłku i nawet jej ukochane bajki ją nie interesowały. Wciąż czekała na schodach.
- Aww, moja kochana - Reva chichocze i spogląda na mnie - Postawisz mnie? Chcę ją przytulić - marszczę brwi, bo to nie jest najlepszy pomysł - Nic mi nie będzie, przecież muszę być samodzielna - cmoka mnie w usta, ostrożnie stawiam ją na nogach i obserwuję wyraz jej twarzy. Chrząka, przykłada dłoń do żeber i po prostu kuca. Hope rzuca się w jej ramionach, Reva wtula ją w sobie ciało i głaszcze po włoskach - Tak bardzo za Tobą tęskniłam, maleńka - szepcze cicho, a w moje serce dziwnie się zaciska. Dołączam do nich, obejmuję je i trwamy tak przez kilka chwil - No dobrze, wejdźmy do domu.
- Jest jeszcze taki mały kawaler, który na Ciebie czeka - Nathan mruga okiem, a Hope wskakuje w jego ramiona.
Reva uśmiecha się szeroko, podnosi i powoli człapie do domu. Kiedy tylko wchodzimy do środka, wszyscy stoją w holu i trąbią małymi trąbeczkami. Konfetti lata na wszystkie strony, a Reva przykłada dłoń do ust i widzę łzy na jej policzkach. Nic nie cieszy mnie bardziej, niż to, że nareszcie jest w domu. Czas zapomnieć i ponownie ruszyć do przodu.
 





*************************************
Hi :)
Został nam już tylko epilog :)

Buziole
Kasia



20 komentarzy:

  1. Piękny:)
    Wzruszyłam się na tym rozdziale 😍😍

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja nie chce końca ��

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja tez nie chce końca!! Szkoda że tak szybko ta część się skończyła 😭 Nie wiem dlaczego miałaś co do niej wątpliwości.. była świetna!
    Cieszę się że z Revą już wszystko okej, nareszcie zacznie się im układać! Ej Kasia ale mam nadzieję że epilog będzie z happyendem!!! Koniecznie, plis😏

    Buziaki kochana😘

    OdpowiedzUsuń
  4. Cudowny rodzial :) Jason jest taki kochany 💞 nie chce końca 😭 tak bardzo kocham to opowiadanie...

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękny rozdział. Dobrze, że Jason sobie wszystko przemyślał i postanowił nie ograniczać tak bardzo Revy. Już epilog? Stanowczo za szybko przyszedł koniec.
    Pozdrawiam,
    Kama

    OdpowiedzUsuń
  6. Co jak to koniec ? Tak szybko ? :( jeju uu to opowiadane jest tak cudowne ze szkoda go kończyć :( reva jest taka dzielna a Jason się tak bardzo zmienił! A ich dzieci takie słodkie 😍

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękne słonko jestem z Ciebie dumna

    OdpowiedzUsuń
  8. Super :)
    Nie wierzę ze został tyle epilog :'(

    OdpowiedzUsuń
  9. Jason taki kochany <3 nie chce kooonca :'(

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie wierze że kolejne twoje opowiadanie dobiega konca ����
    Uwielbiam Cię ����

    OdpowiedzUsuń
  11. szkoda ze juz koniec to jest prawie :c

    OdpowiedzUsuń
  12. O kurcze w sumie szkoda że juz tylko epilog został :c To opowiadanie jest świetne ♡ Ciesze się że Jason sie zmienił a Reva pogodzila sie z tym wszytskim ♡

    OdpowiedzUsuń

Layout by Yassmine